top of page
  • Writer's pictureMaciej Fink-Finowicki

Kaszuby - Kurze Grzędy

Updated: Nov 22, 2023

3-5.11.2023


Tuż przed północą zanurzamy się w ścianę deszczu. Zarówno Artur jak i ja nie przepadamy za słotą, jednak jesteśmy dobrze przygotowani. Wiadomo było od rana, że pada i padać będzie cały dzień i noc. Nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednio ubrani ludzie. Nacisnąłem mocniej kaptur kurtki na kapelusz i poprawiłem czołówkę. Za nami cichy trzask drzwi prywatnego "huey’a" stłumiła szumiąca kurtyna kropel, a światła reflektorów kołującego z powrotem do bazy bolidu omiotły strugi deszczu i sczezły w mroku nocy.


Opad nie był szczególnie intensywny, ale uciążliwy, oblepiający, zacinający i długotrwały. Z małymi przerwami padało cały piątek, wszystko dookoła było więc przesiąknięte. Przemieszczamy się powoli, obchodząc dorodne kałuże. Światło czołówek czeźnie po kilku metrach w strugach wody nie zapewniając dobrej widoczności; nawet sztylet szperacza nie przebija mokrego mroku. Kilkaset metrów od naszego punktu zrzutu zaznaczone są na mapie schrony turystyczne. Mijamy kilka rachitycznych ławek i stolików leśnych - troszkę rozczarowanie. Brak zadaszenia dyskwalifikuje miejscówkę do adaptacji na schronienie.


Wchodzimy w las i w pierwszym miejscu zapewniającym jako taką osłonę od wiatru rozbijamy obóz. Wyjmuję niezbędny ekwipunek z plecaka. Każda rzecz mieszka w oddzielnym worku wodoodpornym, więc bez patyczkowania się rzucam sprzęt na trawę i przystępuję do działania. Najpierw dach, czyli tarp. Zawieszam niżej niż normalnie aby zwiększyć ochronę przed wiatrem. Ściółka przerośnięta mchem chłonie wodę jak gąbka, podłoga jest więc niezbędna; na to leci karimata bundeswehry, żeby było wygodnie. Potem rozwieszam hamak i podpinkę - gotowe. Arturo też zakończył rozbijanie się. Jeszcze tylko kilka ustaleń co do jutrzejszego dnia i lądujemy w ciepłych śpiworach. Miarowy werbel kropel na tarpie i szum wiatru w koronach drzew nad nami szybko usypia, szczególnie w połączeniu ze zmęczeniem z całego dnia i tygodnia. O pierwszej w nocy już namiętnie chrapię. Nie dane mi jednak było długo nacieszyć się spokojnym snem. Zbudził mnie dojmujący chłód i wilgoć tuż po trzeciej rano. Jedna ze szpilek odciągu tarpa - w pośpiechu niedbale przeze mnie wbita w puszystą ściółkę - puściła, eksponując moją noclegownię na ataki. Deszcz z wiatrem dokonały reszty. Pół śpiwora od strony nóg była zmoczona, oberwał też sam hamak i podpinka. Na szczęście reszta dobytku nie ucierpiała schowana bezpiecznie w plecaku osłoniętym pokrowcem oraz zabezpieczona workami wodoodpornymi.


Klnąc pod nosem wyskoczyłem z hamaka i przede wszystkim naprawiłem odciąg, zabezpieczając się przed deszczem. Szybkie oszacowanie strat: podpinka przemoczona, więc luzuję ją żeby opadła w dół i nie dotykała hamaka. Śpiwór mokry tylko z zewnątrz - stary, dobry Cumulus wytrzymał. Na przemoczony hamak rozkładam kurtkę puchową i na to kładę się w śpiworze. Koszulą polarową dogrzewam stopy. Zwijam się w kłębek próbując zasnąć, ale jeszcze kilkukrotnie będę budził się zapalając czołówkę, żeby sprawdzić, jak tarp radzi sobie z silnymi podmuchami wiatru. Duło na tyle mocno, że czułem kołysanie drzew, na których rozwiesiłem swoje spanie, mimo, że do cienkich nie należały.


Poranek po deszczowej i wietrznej nocy przyszedł pochmurny, nie zachęcając do sprawnego wstawania. Już nie padało, ale ciężkie krople spadały z drzew głuchymi pacnięciami atakując tarp. Jako że listopadowy dzień do najdłuższych nie należy, zwlekliśmy się wreszcie do zwijania obozowiska. Z obrzydzeniem naciągnąłem na tyłek przewilgocone spodnie. Na szczęście to szybkoschnące Helikony, po godzinie marszu będą suche od ciepłoty ciała.


Zbieramy się tym raźniej, że zza grubej kotary chmur zaczynają przebijać pierwsze promienie słońca. Idąc już z plecakami na garbach, mijamy miejsce zaznaczone na mapie jako schrony turystyczne, które wczorajszego wieczora tak nas rozczarowało. Ze zdziwieniem połączonym z niejaką irytacją widzimy, że na polanie dosłownie 50 metrów obok stoi szpaler pięknych, zadaszonych wiat - gdzie w największej z nich mogłoby zmieścić się z noclegiem spokojnie tuzin podróżnych. Schowane częściowo za krzakami, pyszniły się teraz drwiąc niejako z naszego gapiostwa. Wczoraj wieczorem nie mieliśmy szans ich zauważyć. Sam nie wiem, czy się śmiać się, czy zżymać. Jednak wczorajsza przygoda z tarpem coś mnie nauczyła i przypomniała, że w outdoorze robimy wszystko na 100% albo wcale. Mokre spodnie na dupie dosadnie mi to przypominały. Podziękowałem głośno Leszemu za lekcję pokory, a on - jakby słysząc moje słowa - dosłownie po minucie przysłał puszczyka, który bezgłośnie przeleciał nad naszymi głowami i skrył się w gęstwinie lasu. Zbyt hożo, aby zamknąć go w kadrze, ech!

Korzystając z dobrodziejstw cywilizacji w postaci ławki, stołu i kranu z bieżącą wodą, zjedliśmy śniadanie, które w moim przypadku ograniczyło się do kuloodpornej herbaty *) Pokrzepieni i mimo nocnej przygody oraz późnej pory w wyśmienitych humorach ruszyliśmy zaplanowaną marszrutą na spotkanie wszystkich dobrodziejstw oferowanych przez okoliczne lasy. Słońce już rozstawiło po kątach chmurzyska, operując frywolnie w gęstwinie złoto-miedziano-rudego listowia i wydobywając ostatnie wdzięki polskiej jesieni.


*) Kawa/herbata kuloodporna - napój spopularyzowany na fali zachwytu dietą keto, opracowany przez Dave’a Asprey’a zainspirowanego swoimi podróżami do Tybetu, gdzie pił tradycyjny napar z herbaty, masła i mleka jaka. Mieszanka bulletproof pobudza ale dostarcza też energii z tłuszczów w sposób bardziej zrównoważony niż z węglowodanów i bez wyrzutu insuliny. Składa się z kawy/herbaty, masła i tłuszczów MCT. Można dodać przyprawy jak cynamon, kardamon, goździki. Smak niepowtarzalny. Ja piłem pierwszy raz i na mnie działa! Ale ja w ogóle jestem pobudzony strukturalnie hahahaha!


Szlak najpierw oznaczony jako czerwony wiódł urokliwym traktem wzdłuż jezior Lubygość, Kocenko i Potęgowo. Są to zbiorniki rynnowe, ukształtowane przez ostatnie zlodowacenie, malowniczo otulone przez wysokie skarpy porośnięte starodrzewem bukowym, teraz mieniącym się wszystkimi kolorami jesieni. Okolica jest bardzo garbata z licznymi pagórkami, skarpami i wąwozami oraz obfituje w źródła wody. Troszkę poszalałem ze zdjęciami, ale folgowałem sobie bez wyrzutów sumienia, bo to prawdopodobnie ostatnie tchnienia jesieni. Arturo jak zwykle skoncentrował się na filmowaniu, wszystkie ruchome obrazki w tym wpisie są jego autorstwa. Ja tradycyjnie zostałem tylko i aż przy zdjęciach.

Widok z punktu Szczelina Lechicka jest kwintesencją tego, co oferuje Rezerwat Lubygość. Szczególnie teraz, kiedy drzewa zmieniają szatę a paleta barw uzupełniona jest kobaltową taflą jeziora i lazurem rozświetlonego nieba, wygląda to fantastycznie.


Oprócz zjawiskowej panoramy, odkryliśmy tu pamiątki po bohaterskiej walce z czasów 2WŚ **), ciekawostki geologiczne jakimi są Groty Mirachowskie ***) i całą plejadę ptactwa wodnego oraz puszczyka, który nawiedził nas po raz wtóry, znowu rączo umykając, zanim uniosłem aparat. Powoli zaczyna mi działać na nerwy skubaniec, heh!

**) Obrona bunkra "Ptasia Wola" jasnymi zgłoskami zapisała się na chlubnych kartach historii działalności patriotycznej tajnej organizacji wojskowej "Gryf Pomorski". 25.09.1943 Niemcom udało się otoczyć miejsce oporu. Czterech naszych zginęło, reszta załogi przedarła się przez okrążenie i kontynuowała walkę partyzancką. Smutnym faktem są dalsze losy liderów Gryfu. Po wojnie inwigilowani i prześladowani przez UB, jak wielu innych rodzimych bohaterów. Pomorze to rejon silnych wpływów germańskich. W ramach naszych obecnych granic, tereny te były najrzadziej pod polską kontrolą. Ze względu na silną odrębność lokalnej ludności i zawieruchy historyczne, rejon ten określa się czasem jako polskie Bałkany.


***) Groty Mirachowskie to bardzo młode twory geologiczne powstałe w sposób półnaturalny po eksploatacji wyrobisk żwirowo-piaskowych w jaskiniach kresowych. Górne warstwy stanowiska to płyty zlepieńca żwirowego opartego na kolumnach stworzonych przez procesy erozyjne. Całość jest niestabilna, nie zaleca się zatem podchodzenia i eksploracji grot.


Jako że zaczęliśmy dość późno a i nie spieszyliśmy się zanadto - koniec dnia zastał nas już na 12-tym kilometrze marszruty. Z zachwytem chłonąłem spektakl słońca nurkującego w wodach Jeziora Potęgowo, rozświetlającego nieboskłon pomarańczem w akompaniamencie pełnego gracji adagio szumiącego lasu i krzyków kormoranów. Jeden z najbardziej inspirujących plastycznie zachodów słońca, jakie mogłem obserwować ostatnio.


W ostatnich podmuchach poświaty znaleźliśmy magiczną miejscówkę na nocleg. Wyspę przy jeziorze, oddzieloną od lądu pasem grząskiego bagniska. Wyniosły i płaski teren porośnięty drzewami z otwarciem na panoramę jeziora, pozwalał obserwować harce dzikiego ptactwa samemu pozostając w ukryciu. Po zmroku - jako, że wieczór był długi - mieliśmy dużo czasu na rozmowy oraz na wyciszenie się. Z dala od głównego nurtu życia, zgiełku cywilizacji i zgrzebnej codzienności. Czas jakże potrzebny, żeby przedefiniować niektóre wartości, przerobić emocje i spojrzeć na swój byt z pożądanego dystansu. Noc przebiegła już bez niespodzianek a następny poranek zapowiadał słoneczną niedzielę.


Jeszcze przed wejściem na szlak przetrenowaliśmy filtrowanie wody. Arturo miał filtr grawitacyjny Lifestraw - rozwiązanie mega wygodne, jeśli planujesz operację wieczorem. Woda kapie przed mikrokanaliki filtru bardzo powoli, ale nad ranem możesz już mieć nawet 3-4 litry czystego płynu. Ja pozostałem przy maleńkim Lifestraw z wkładem węglowym i miękkim woreczkiem, który tłoczy wodę przez urządzenie po ściśnięciu manualnym. Jest to najmniejsze rozwiązanie z filtrem węglowym dostępne na rynku. Uzdatnianie moim ustrojstwem to zdecydowanie szybsza, ale raczej męcząca operacja. Najwygodniejszym kompromisem wydaje mi się na tą chwilę filtr z pompką ręczną. Jest sprawny, ale widocznie cięższy i droższy niż nasze filtry - sprawdza się lepiej w grupie kilkuosobowej.


Woda którą flirtowaliśmy pochodziła ze strumienia o wyraźnie żelazistym zabarwieniu, co można było łacno stwierdzić też po zapachu. Strumień miał jednak tę zaletę, że na pewno nie był zanieczyszczony cywilizacyjnie, wypływał bowiem wprost z leśnego źródła. Woda po uzdatnieniu zachowała kolor biedronkowego icetea, ale smakowała neutralnie, pozostawiając tylko śladowy posmak. Idealna na herbatę, ziółka lub kawę, szczególnie kuloodporną. Co ciekawe, lokalny grzybiarz - który mijał nas podczas pozyskiwania wody - powiedział, że strumyka nie było jeszcze dwa tygodnie temu. Jest to typowy ciek okresowy, który wysycha podczas upalnych miesięcy.


Dalsza trasa prowadzi przez ostępy, zmieniające swój charakter wraz z mijaną okolicą. Bory bukowe i łęgi jesionowo-olszowe ustępują miejsca lasom mieszanym i zbiorowiskom dębowo-grabowym z obecnością sosny i modrzewia. Kierujemy się dziarsko na południe, gdzie mamy okazję podziwiać typowe, leśne zbiorniki torfowiskowe: jezioro Wielkie i jezioro Turzycowe. Obydwa uroczo zagubione wśród drzew, otoczone trzcinowiskami i brzeziną bagienną. To tu właśnie znajduje się tytułowy Rezerwat Kurze Grzędy, a jego nietypowa nazwa wywodzi się od głuszców, które niestety wyginęły na Pomorzu w latach 60-tych XX w. Obecnie trwają prace nad reintrodukcją tego gatunku.


Ostatni etap wędrówki, to marsz przez już zupełnie odludne tereny pokryte w większości bagnami i rozlewiskami. Z duszą na ramieniu idziemy ścieżką, która co chwile niknie zupełnie pod wodą, wśród turzycowisk i niskiej roślinności bagiennej. Jeśli utkniemy, będziemy musieli wracać nadkładając co najmniej 5 kilometrów. Skaczemy z kępy na kępę przytrzymując się skarlałych krzaków i rachitycznych drzewek co chwila lądując w błotnistej mazi po cholewy. Na szczęście jest w miarę płytko, a nasze skórzane buty dały rade.


O ile wcześniej mijaliśmy spacerowiczów, joggerów i rowerzystów o tyle tutaj raczej trudno uświadczyć turystę z plecakiem, czy nawet grzybiarza. Nic dziwnego, że właśnie w tej okolicy najczęściej słyszymy sójki, sroki, dzięcioły, a nawet mignęła spłoszona naszymi rozmowami sarna. Tutaj też po raz trzeci w ten weekend z niskich zarośli wyleciał dosłownie kilka metrów od nas puszczyk ****) i ze swoistą dezynwolturą wysrawszy się na drogę, zniknął w nieodległej gęstwinie drzew. Zdążyłem co prawda podnieść aparat, ale nie wyostrzyło i musiałem obejść się smakiem. Ech, życie. Następnym razem będzie więcej szczęścia.

****) ... puszczyk, albo co bardziej prawdopodobne uszatka. Spory wśród ekspertów nie ustają ;)


Pętlę weekendową zamknęliśmy na 25-tym kilometrze. Zawezwaliśmy naszego "huey’a" i siedząc na kamieniu granicznym, rozkosznie oblepieni blaskiem zachodzącego słońca czekaliśmy nieśpiesznie na ewakuację. Mimo krótkich dni i relatywnie niedługiej trasy - wrażeń, widoków i zachwytów było dużo. Kaszuby potrafią zogniskować na niewielkiej powierzchni zadziwiająco wiele atrakcji, ciekawostek i niespodzianek. Nie mogę się doczekać, kiedy odwiedzę te okolice skąpane w świeżej zieloności pełnego wigoru kwietnia, gdy przyroda startuje w nowy sezon, a świat zdaje się czystszy, lepszy i prostszy. Do uzdrzeni! *****)

*****) Język kaszubski jest używany regionalnie w oznaczeniach miejscowości, ulic i obiektów. Można się nim posługiwać w lokalnych urzędach, zdawać w tym języku maturę, czytać liczną literaturę. Usłyszysz go czasem w sklepie i na ulicy, szczególnie w małych wsiach. Jest uczony w ponad 400 szkołach tutaj. Prawnie ma status języka regionalnego i przydzielono mu oznaczenie 639-2 w międzynarodowym systemie CBS.

Oczy zamykają się same, kiedy wracam nocnym pociągiem. Ukołysany tętentem żelaznego kolasa, wiozącego mnie w swoich trzewiach do Warszawy, pod powiekami zamykam żywą mozaikę jesiennych kolorów rozkołysanych listopadowym wiatrem w barwnej karuzeli wspomnień.



150 views0 comments

Related Posts

See All

Comments


IMG_5149_edited.jpg

Cześć! Dzięki, że tu jesteś! Dobrze Cię widzieć!

bottom of page