top of page
  • Writer's pictureMaciej Fink-Finowicki

Puszczyk pozdrawia z Bieszczad!

(... w cieniu samotnej niedźwiedzicy)

8-11.06.2023


Ciemność naznaczona bliznami świateł samotnych domów i odległych reflektorów samochodowych migała za oknem busa, zlewając się w buro-czarny warkocz nocy, nieznacznie tylko rozświetlony skrawkiem księżyca. Wtuliłem twarz w szybę patrząc niewidzącymi, zmęczonymi oczami w przestrzeń i pokrywając ją mgłą swojego miarowego oddechu. Autokar buczał dobrotliwie, rączo pokonując asfaltowe arterie trasy, wspinając się na kolejne zakręty drogi. Było już po północy i czułem na barkach ciężar całego dnia. Wzrok mętniał a myśli się rwały - sam nie wiem kiedy zapadłem w płytki, podróżniczy sen….


… Na dobre obudził mnie blask porannego słońca zaglądającego ciekawsko do wnętrza busa i ból karku skatowanego podróżną jogą nocną. Spałem we wszystkich chyba pozycjach możliwych na fotelu autokarowym: od modlącego się mnicha do okiennego glonojada. Kto często śpi w podróży, ten wie o czym mówię.

Sanok, most na Sanie - szeroka pamorama

Bus stęknął i z gracją zatrzymał się na przystanku końcowym w Sanoku, tak bliskim mojemu sercu. Z metalowych trzewi wysypał się ostatni rzut podróżnych. W większości takie same pojeby jak ja, którzy jechali całą noc, by od rana zameldować się na progu Bieszczad. Pobrałem swój złachany w luku bagażowym plecak, poprawiłem zawadiacko kapelusz na zaspanej głowie i lekko rozkołysanym jeszcze krokiem udałem się w kierunku mostu na Sanie, gdzie zaczynał się się mój szlak.


Góry Słonne - do tej pory liźnięte tylko rok temu, kiedy to oglądaliśmy je z góry ze znanego punktu widokowego na słynnym Tarasie, z którego widać największe w Polsce serpentyny a horyzont zamykała Połonina Caryńska. Teraz przyszedł czas na dokładny, pieszy rekonesans. Wybór tej właśnie lokalizacji był - po zastanowieniu - całkiem oczywisty. Po pierwsze bliskość od miejsca lądowania zbiorkomu. Po drugie mało uczęszczane szlaki. Po trzecie możliwość zakreślenie sensownej pętli i zamknięcie 4-dniowego koła marszruty w miejscu startu.


Już na etapie planowania trekkingu w Górach Słonnych, w tle przewijał się trochę fascynujący a trochę zatrważający motyw niedźwiedzicy, widzianej tutaj z dwoma młodymi od kilku tygodni. Pojawiała się regularnie w północnych rejonach Sanoka, zapuszczając się aż pod same siedziby ludzkie na skraju miasta. Przyznaję, że zachowując umiarkowaną dozę rozsądku, samo potencjalne spotkanie z misiem jakoś chorobliwie mnie fascynowało. To nasz największy drapieżnik i jedyny, który jest realnie zagrozić człowiekowi.


Góry Słonne są mało uczęszczane i stosunkowo słabo znane - istnieje sporo rozbieżności nawet co do granic obszarowych. Tradycyjnie przyjmuje się zakres terytorialny na północ od kotliny Sanok-Lesko, od zachodu ograniczony linią Sanu a z pozostałych stron zamknięty doliną Tyrawki i Wańkowej, choć oficjalnie Park Krajobrazowy Gór Słonnych obejmuje też tereny bardziej wysunięte na południowy-wschód aż do Ustrzyk Dolnych i ograniczone DK nr 84. Mniejsza o większość. Najważniejsze, że jest tu odludnie i - mimo bliskości ośrodków ludzkich - dziko. Wszyscy pędzą do “worka bieszczadzkiego”, czyli najpopularniejszych połonin na południowy-wschód od Zalewu Solińskiego, tworząc coraz większy tłok na szlakach i w dolinach. Góry Słonne pozostają ciche i skromne w swej atrakcyjności - obfitując w zwierzynę, ścieżki zagubione wśród lasów, zabytki kultury i oferując ciekawą historię geologiczną.


O niedźwiedzicy rozmawiałem z przygodnymi podróżnymi po wylądowaniu w Sanoku, ale też ostrzegali mnie przed spotkaniem lokalni mieszkańcy, widząc mój ekwipunek i kierunek marszu. Miałem trzy takie ostrzeżenia i po każdym z nich czułem się mniej pewnie. Moje wypróbowane trapery miarowo, ale jakby coraz bardziej niechętnie deptały najpierw asfalt miasta, potem wyszczerbiony chodnik przedmieścia aby wreszcie zostawiwszy za sobą kurz cywilizacji mlasnąć w pierwszej pieszczocie świeżego, bieszczadzkiego błota - a myśl o misiu kołatała się w tyle głowy już do końca wyjazdu.


Zagłębiłem się w gęsty las na początku czerwonego szlaku. Leszy chyba się za mną stęsknił, bowiem zgotował mi piękne powitanie, kokietując strzelistymi promieniami słońca spomiędzy świerkowych gałęzi. Tak się zapatrzyłem, że przegapiłem zaloty dzięcioła do dzięciołowej. Jak już nacisnąłem spust migawki było za późno - na kliszy pozostały tylko flirtujące ze sobą, rozmazane cienie. Czułem jednak, że jeszcze będzie mi to wynagrodzone i nie myliłem się.


Wielką niedogodnością, z jaką zmagałem się z niejakim zirytowaniem, to gigantyczne chmary komarów, nie pozwalające w pełni cieszyć się trekkingiem. “Jak tak będzie cały czas to mam z lekka przejebane” - pomyślałem rzeczowo, ale już wkrótce okazało się, że komary to nie jedyna przeszkoda, która mnie czekała tego dnia. Wymęczony dusznym upałem z ulgą powitałem zjawiskowo rozłożoną na przyleśnym wzgórzu cerkiew drewnianą (teraz kościół) nieopodal wsi Liszna. Udało się nawet zajrzeć do środka, a potem złapać cudowną godzinkę drzemki na polanie nieopodal.

kościół drewniany w Lisznej

Dalszą marszrutę w kierunku Tyrawy Solnej zakłóciła burza z ulewnym deszczem, która zmusiła mnie do awaryjnego rozkładania schronienia. Bujając się w hamaku rozlokowanym naprędce w przydrożnych zaroślach i wsłuchując w odgłosy grzmotów i deszczu grającego senne unisono na moim tarpie poddałem się mocarnemu nelsonowu Morfeusza i bezgłośnie odpłynąłem w sen. W ostatnich podmuchach jawy towarzyszyły mi jeszcze wściekłe bzyczenia krwiożerczych bydlaków, bezsilnie odbijających się od moskitiery. “Po huj ludzie jadą w Bieszczady” kołatało mi się jeszcze po swędzącej ukąszeniami głowie, zanim świadomość na dobre zgasła.


<piszę huj, a nie chuj - bo mimo że to nieortograficznie, to moja forma jest bardziej prawidłowa i będę ja używał, ba - a nawet forsował - szczegółowe wyjaśnienie jest tutaj!>

nocleg - mimo, że na szybkości, był wygodny

Nazwa Gór pochodzi od słonych źródeł, które od wczesnego średniowiecza aż do XX w. były źródłem przemysłowego wydobycia soli. Nawet obecnie współczesne analizy wody ze starych kopanek wykazują do 11% zasolenia. Podwójne “n” w nazwie wywodzi się z dialektu sanockiego, a lokalna nazwa tych terenów jeszcze niedawno miała formę Słonnegóry, wymawiane jako jeden wyraz, podobnie jak Łysogóry. Specyficzne warunki mineralne, a w szczególności rzeczone słone źródła powodują występowanie gatunków endemicznych chrząszczy, wijów i innych bezkręgowców a zainteresowani tematem docenią obecność żywej skamieniałości z epoki trzeciorzędu - pająka Sirio carpaticus.

Sirio Carpaticus <zdjęcie z netu>

“Idę powoli, ale nigdy się nie cofam” sentencja Abrahama Lincolna obrazowała styl mojego trekkingu dnia drugiego. Nie spiesząc się, rozkoszując widokami i pustymi ścieżkami, zszedłem ze znakowanego szlaku i zacząłem się przedzierać przez zwartą gęstwinę. A precyzyjniej mówiąc, to szlak “zgubił się” gdzieś w gęstych zaroślach, bieg swój kontynuując wirtualnie li tylko na mapach niefrasobliwych urzędników lokalnych. Kontynuowałem marszrutę najpierw leśną drogą roboczą, potem wyschniętym korytem strumienia a na końcu zapomnianymi ścieżkami bardziej chyba zwierzęcymi niż ludzkimi.


Zbocza gór były nadspodziewanie strome, a poza tym przebiegle śliskie. Błoto towarzyszyło mi w drugiej połowie dnia praktycznie nieprzerwanie. Zdradzieckie kamienie co rusz zagrażały ustrzymaniu pionu, ale mój znaczący i nisko osadzony środek ciężkości kilkukrotnie uchronił mnie przed upadkiem. Żeby nie było nudno, od rana na trasie towarzyszyły mi “biliardy” much. Zwykłe, połyskliwe zielono muchy, ani gryzące, ani obrzydliwe specjalnie, w masie swojej nieprzebytej stawały się problematyczne na tyle, że nie miałem możliwości spokojnie zjeść. Każde klepnięcie w rękę, czy kolano zostawiało kilka krwawych śladów po poległych, ale na ich miejsce nadciągały niezmordowanie kolejne legiony nowych. Kiedy ze zdegustowaniem po raz trzeci wyplułem natrętną muchę, wlatującą mi do ust, w głowie przypomniała mi się wczorajsza sentencja: “Po huj ludzie jadą w Bieszczady”

tak, to jest droga hahahha

Po zejściu w dolinę Tyrawki udało się zwizytować trzy przeurocze cerkiewki drewniane (teraz zaanektowane na kościoły katolickie), perełki na II Szlaku Architektury Drewnianej: Tyrawa Solna, Siemuszowa i Hołuczków.


Dla fanów architektury drewnianej, w szczególności sakralnej - do których się zaliczam - atrakcyjna będzie wizyta w Lisznej, Tyrawie Solnej, Siemuszowej, Hołuczkowie, Rakowej, Paszowej, Wańkowej, Bezmiechowej, Manasterzu, Ropience czy na sanockich Olchowcach. (nie można nie wspomnieć tutaj o Skansenie w Sanoku - bezapelacyjnie jednym z najpiękniejszych i lepiej utrzymanych w Polsce!). Również w Ropience można zobaczyć zabytkową (wciąż funkcjonującą) kopalnię ropy naftowej i dowiedzieć się więcej o tradycjach kamfiniarskich tej okolicy.


W Tyrawie Solnej znalazłem przeuroczy sklepik wiejski a obok niego solidną wiatę ze stołem i ławami. Jako że znowu z lekka zaczęło padać, postanowiłem przeczekać i posilić się zacnie. Nie zabrakło okazji do obserwacji najmniejszych latających - swojskich wróbli. Zauważyłeś, że coraz ich mniej ostatnimi laty?

kanapki z pasztetem, smalcem i cebulą plus duuużo czosnku!

Trasa prowadziła teraz w dużej części przez szaleńczo ukwiecone łąki i nieużytki. Szczególną uwagę przyciągały fioletowe zagony wyki kosmatej, podobnej do dzikiego groszku, ale nie zabrakło też rumianku pospolitego, kaczeńców w pobliżu mokradeł, purpurowej firletki poszarpanej, wściekle szafirowych niezapominajek czy tradycyjnych, romantycznych maków. Wcześniej w lesie oko przyciągał egzotyczny bodziszek żałobny a w okolicach siedzib ludzkich przestrzeń upiększały wielokolorowe łubiny, sadzone zarówno dla ozdoby, jak również dla użyźnienia i poprawienia struktury gleby.


Chmury roztańczone w skocznym allegretto na nieboskłonie, plujące jeszcze z rana drobnym deszczem, teraz zgnuśniały w powolnym adagio czule łaskotane ciepłym blaskiem chylącego się słońca.


Chłonąłem w beztrosce harmonię bodźców zmysłowych. Wyłączyłem myślenie i skupiłem się na odczuciach sensorycznych, aby być jak najbardziej tu i teraz. Zamknąłem oczy pod powiekami chowając panoramy i przestrzenie, otulone zapachem łąki buczącej kojącym tenorem trzmieli. Powietrze pachniało świeżością a trawa niedawnym deszczem. Ptasie acapella z wolna ustępowało monotonnemu cadenza świerszczy, znamionując nadchodzący zmierzch.


Chylące się do odpoczynku słońce zastało mnie w okolicy Hołuczkowa i przepięknej, starej cerkwi drewnianej, kontrastowo mieniącej się maryjnym indygo wśród rozbuchanej, bieszczadzkiej zieleni. Przysiadłem na krótki odpoczynek, wsłuchując się w zapach drewna, świec i kadzideł, tak charakterystyczny dla starych, tradycyjnych budowli sakralnych, utkany w pachnące obłędnie okoliczne łąki. Podumałem, pokontemplowałem i doszedłem do wniosku, że najwyższy czas zorganizować sobie nocleg.


Wszedłem na ostatnią prostą w kierunku lasu, kiedy na drodze pojawił się wysłużony renault w dwoma pogodnymi przedstawicielami ludu lokalnego. Jak to w górach bywa - zatrzymali się widząc człeka z plecakiem mozolnie pnącego się drogą.


Kierowca otworzył szeroko okno:

- Do lasu? - spytał, szczerząc bez kompleksów nie do końca pełne uzębienie

- Do lasu - odpowiedziałem, przywlekając wyraz twarzy przyjaźnie nastawionego, choć nie do końca rozgarniętego turysty, co zawsze przynosiło dobre rezultaty w kontaktach z lokalesami - Nocuję na dziko - dodałem wyjaśniająco.

- Tam niedźwiedzica - kontynuuje szczerbaty - Widzieli my ją nie dalej jak przedwczoraj, szła z młodymi - mówi.

- Tia, słyszałem - odpowiadam nieco nonszalancko, ale moja pewność siebie spadła gwałtownie, wprost proporcjonalnie do bliskości linii drzew i zapadających ciemności.

- Ja to nie poszedłbym teraz w tamte strony, nawet jakby płacili - dobija mnie szczerbaty, machając za siebie kostropatą ręką w kierunku, w jakim się udawałem.

- Się zobaczy - odpowiadam buńczucznie, ale w środku zaczynam czuć delikatne ssanie niepokoju połączonego z ekscytacją

- z Bogiem - kiwa mi ręką na pożegnanie, kręcąc jednocześnie głową z dezaprobatą na beztroskę turystów.


Ostatnie tchnienie dnia zastaje mnie na polanie tuż pod linią lasu. Znalazłem idealną miejscówkę na spanie, w lekkim zagłębieniu między kępą brzóz, ale z dobrym widokiem na otwartą przestrzeń dookoła. Bujałem się w hamaku, ale mimo zmęczenia całym dniem marszu, sen nie nadchodził. Im bardziej wsłuchiwałem się w odgłosy przyrody, tym bliżej było mi do zwykłego, ludzkiego strachu, rozbudzonego opowieściami i ostrzeżeniami przed stacjonującą tu niedźwiedzicą.


Z jednej strony od dawna już marzę o spotkaniu z misiem. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że jest to drapieżnik mogący realnie zagrozić człowiekowi, szczególnie teraz, kiedy przemieszcza się z przychówkiem. Z trzeciej strony ataki misiów na ludzi są niesamowicie rzadkie, a ja głęboko wierzę, że zarówno moje rozsądne zachowanie podczas potencjalnej konfrontacji, jak też opieka Leszego zapewnią mi bezpieczeństwo, dostarczając jednocześnie niezapomnianych wrażeń. Czy dobrze robiłem prowokując los? Czy to rozsądne pchać się w rejony bytowania niedźwiedzicy? Te te inne myśli towarzyszyły mi, kiedy wierciłem się w hamaku, szukając najwygodniejszej pozycji do spania. W sumie każdy ma prawo do własnej oceny tej decyzji. Ja z perspektywy czasu nie żałuję. Ale co żem przeżył strachu i ekscytacji to moje.


Z większych zwierząt poruszenie budzi możliwość spotkania w okolicy rysia (bardzo rzadki kot), żbika (ekstremalnie rzadki drapieżnik), wilka (widziałem ślady) oraz wzmiankowanego już niedźwiedzia. Ptaki reprezentowane są m.in. przez orła przedniego, orła krzykliwego (widziałem), jastrzębia, myszołowa i trzmielojada oraz puchacza, sóweczkę i puszczyka uralskiego - który spojrzeniem swym mnie uraczywszy dnia drugiego tytuł niniejszego wpisu zainspirował. ;)

sowa, ale jaka? Za daleko było na identyfikację

Ranek zastał mnie pochmurny i wietrzny, ale wstałem szybko z czymś w rodzaju ulgi, że noc nie przyniosła niebezpiecznych odwiedzin. Płytki sen zakłócały nocne aktywności ptactwa, szczekanie lisa i odgłosy buszujących nieopodal zwierząt. Jeszcze przed wyruszeniem w dalszą drogę ustrzeliłem sowę, który występuje tu w dużej obfitości, było jednak za daleko żeby zidentyfikować dokładnie gatunek. Lis - pewnie ten co szczekał w nocy - wystawił ciekawsko łeb z zarośli, ale umknął chytrze z kadru, zanim go przygwoździłem.


Szedłem wzdłuż grzbietu górskiego drogą urzekająco wijącą się pośród napęczniałej czerwcową dojrzałością przyrody. Czekał mnie długi spacer do wyznaczonego miejsca następnego noclegu - lotniska szybowcowego na szczycie Kamionka.


Urokliwy szlak po kilku kilometrach zmienił się bez ostrzeżenia w rozkopaną i zgwałconą leśnymi traktorami drogę, w niczym nie przypominającą relaksującego szlaku turystycznego. Kałuże wielkości małego stawu rybnego i błoto w którym grzęzłem po cholewy butów raz po raz prowokowały soczystą kurwę z mojej zdyszanej gardzieli. Byłem coraz bardziej rozdrażniony urągającą wszelkiemu poczuciu estetyki i zdrowemu rozsądkowi, agresywną gospodarką leśną. Czary goryczy dopełniły dźwięki rżniętego lasu, atakujące mnie coraz bardziej natarczywie. Szedłem w rosnącym upale, uwalony w błocie do kolan, upocony jak zwierzę, memłając pod nosem dobrze już utrwaloną mantrę: “Po huj ludzie jadą w Bieszczady”

to nie jest szlak - to bestialstwo

Końcowa część dnia - jak to zazwyczaj bywa - przyniosła nagrodę i ukojenie. Zjawiskowe podejście pod lotnisko Kamionek (oficjalna nazwa Lotnisko Bezmiechowa) i kunsztowna gra światła w leśnych ostępach ukoronowane zostały luksusem cywilizacji w postaci wybitnej gościny w Restauracji Kamionka - polecam Michę Leśnika!


Wieczór spędziłem podziwiając fantastyczną panoramę rozciągającą się u stóp pasa startowego lotniska a zamkniętą na horyzoncie odległymi pasmami bieszczadzkich połonin. Zrelaksowany, starannie wybrałem miejsce noclegowe, do czego dopingowały mnie zarówno gęstniejące chmury deszczowe, jak i alarmy wyładowań z mojej aplikacji burzowej.


Jeśliby ktoś chciał polatać na szybowcu, motolotni, paralotni, czy innym tego typu latawcu - Lotnisko szybowcowe Bezmiechowa na Górze Kamionka zaprasza! Nawet jak nie polatasz to możesz spotkać tam żmije, napaść oczy piękną panoramą a tuż obok kuszą rezerwaty Dyrbek i Buczyna. Na otwartym terenie polują ptaki drapieżne, mi udało się ustrzelić orlika krzykliwego - tak go przynajmniej zidentyfikowałem.


Rozbiłem się nieco poniżej linii łagodnego grzbietu górskiego, w zagajniku młodych, niskich drzew, pilnując, by w bezpośredniej bliskości mojej miejscówki nie było żadnych sucharów, które mogłyby się na mnie przewrócić podczas nocnej wichury. Słusznie zacząłem od rozstawienia tarpu, bowiem dalsze organizowanie obozowiska odbywało się już w akompaniamencie wieczornego deszczu, który miał towarzyszyć mi przez całą noc i większość niedzielnego poranka. Grzmoty i odgłosy kropel uderzających o listowie i moje schronienie były wybitnie usypiające. Mimo czerwcowych upałów w ciągu dnia, noc była zaskakująco chłodna, zapędzając mnie głęboko w czeluść letniego śpiwora.


Ambicje wczesnej pobudki i wyruszenia na szlak pokrzyżował wyjątkowo krzepki opad, który skutecznie zniechęcił mnie do porannego zwijania obozu. Niby byłem przygotowany, niby można iść w deszczu, niby to nie pierwszyzna dla mnie - ale uległem ospałości i gnuśniałem w ciepłym, suchym barłogu. Na bieżąco monitorowałem przebieg i zasięg deszczu i burz, starając się odgadnąć na podstawie prezentowanego kierunku, kiedy będzie warto się ruszyć, aby w miarę suchą stopę kontynuować podróż. Nie miałem wielkiej presji, do Sanoka bowiem, gdzie planowałem zamknąć pętlę było niedaleko, a bus ewakuacyjny miałem dopiero późnym wieczorem.


Od niedawna korzystam z Monitor Burz i jestem bardzo zadowolony precyzją, czytelnością i intuicyjnością obsługi!


Wpatrywałem się w mapę radarową mojej aplikacji burzowej z rozbawieniem. Dosłownie cała Polska miała słoneczną, bezdeszczową pogodę, tylko mój skrawek kraju przykryty był kolorowym kleksem opadów i wyładowań. Zabawne. Ale z drugiej strony w ciągu tych 4 dni w górach miałem dosłownie KAŻDĄ pogodę: od upałów i słońca począwszy, poprzez deszcze, ulewy, burze a na gęstej mgle skończywszy. Dzięki temu mogłem docenić outdoor w wielu odsłonach! Mimo tego, jak echem odbiła się w mojej głowie mantra: “Po huj ludzie jadą w Bieszczady”


Deszcz zelżał wyraźnie przechodząc płynnie w kapuśniaczek. Postanowiłem wyjść wreszcie ze strefy względnego komfortu i sprawnie zwinąłem obóz, dochowując należytej staranności w zatarciu śladów bytowania, zgodnie z maksymą leave no trace. Widok ze szczytu Kamionka, który tak wczoraj kontemplowałem, zniknął za gęstą mgłą, przykrywającą całunem okolicę. Jakże różna była ta sama przestrzeń wczoraj i dziś. Nagrodziłem się za ruszenie dupy z bezpiecznego śpiwora i jeszcze raz odwiedziłem Restaurację Kamionek, fundując sobie tym razem pyszną jajecznicę. Nie ma to jak jajka z rana, dzień ustawiony!


Projekt „Cichy Memoriał” Arkadiusz Andrejkow

Reszta trasy przebiegła spokojnie, co nie znaczy że nudno. Mimo maszerowania głównie po asfalcie drogami lokalnymi, udało się zamknąć kilka ciekawych kadrów oraz nawiedzić dwa kolejne kościoły drewniane w Bezmiechowej oraz w Manastercu.

trójkącik z brunetką i blondynką - któż nie marzył! ;)

Zwieńczeniem wycieczki były tajemnicze i malownicze ruiny Zamku Sobień z arcypiękną panoramą na San i okolicę. Troszkę tu posiedziałem, ciesząc się, że nienajlepsza pogoda przetrzebiła tłumy turystów. Miałem to czarowne miejsce praktycznie tylko dla siebie i cieszyłem się niezwykłymi doznaniami.

kolejny magnes do kolekcji heh!

Miłośnicy fortyfikacji docenią obecność licznych, lepiej lub gorzej zachowanych bunkrów i umocnień Linii Mołotowa. Jednak z pewnością palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o budowle obronne dzierży tajemniczy Zamek Sobień - a raczej jego pozostałości - zlokalizowany na wzgórzu nieopodal Manasterca. Miejsce to znane jest przede wszystkim z przepięknego widoku na dolinę Sanu, ale również z kilku mrocznych legend o zamurowanych niewiernych żonach i spalonych żywcem oblubienicach. Takie tam, lokalne klechdy, heh!


Czy ten - stosunkowo niewielki teren - może jeszcze nas czymś zaskoczyć? Owszem - warto wspomnieć o międzynarodowym szlaku „Śladami dobrego wojaka Szwejka” który prowadzi opisanymi przez Jaroslava Haska miejscami biorąc swój początek w Czechach, biegnąc poprzez Austrię, Węgry, Słowację i Ukrainę, a którego polska część biegnie właśnie przez Góry Słonne. Nie zapomnij zrobić sobie zdjęcia z pomnikiem słynnego wojaka na sanockim rynku.


Myślałem, że Zamek Sobień - zwany też Bramą Bieszczad - będą ukoronowaniem mojego przedłużonego weekendu w Górach Słonnych. Jednak jak się okazało, los miał inne plany.


Zmęczony dotarłem na Dworzec Autobusowy w Sanoku. Po krótkiej ablucji nad zlewem, odświeżeniu się i przebraniu w czystą koszulkę - usiadłem z kawą i papierosem porządkując w głowie wspomnienia minionego weekendu. Spokój mój zakłócił przyjaźnie zapytujący się o transport do Ustrzyk turysta. Mówi, że przyjechali z kolegami aż z Paryża i utknęli w Sanoku. No cóż, nie mogłem pomóc. Wieczorem w niedzielę z Sanoka można wydostać się już tylko taksówką.


Zaczęliśmy gadać o Bieszczadach. Chłopaki mieli fajny plan zacząć w Ustrzykach Górnych i iść wzdłuż granicy szlakiem jak długo się da w 10 dni, bo tyle mieli wolnego. Żegnając się mówię do nich:


- Jak chcecie zobaczyć, jak to jest nocować na dziko i jak radzić sobie w lesie bez wsparcia dobrodziejstw cywilizacji, zapraszam na nasze szkolenia - i wręczam mu swoją wizytówkę LifeTrip.

- Dzięki, dzięki - odpowiada Rafał studiując uważnie kartonik.

- TYyy! - krzyczy nagle widząc nazwisko na wizytówce - Ty napisałeś książkę, tak?

- No tak - odpowiadam najskromniejszym jak potrafię tonem - o bushcrafcie i survivalu - dodaję

- Kuuuuuźwa, właśnie kilka dni temu czytałem recenzje Twojej książki i zastanawiałem się czy kupić! - gorączkuje się Rafał, wciąż nie mogąc uwierzyć w niesamowity splot okoliczności - Aaa i siostrę chyba masz w harcerstwie, byłem z nią w drużynie! I kuzyna Jacka, co pociągami się fascynuje! Też znam!

książka oczywiście nie podróżowała ze mna

Tak to właśnie los plecie ludzkie drogi. Podobno każdy na całym globie ma do dowolnej innej osoby (wliczając w to angielskiego króla i pasterza owiec w Andach) siedem znajomości. Jeśli to prawda, to chyba właśnie stąd wynika siła mediów społecznościowych!


Rafał wciska mi banknot 50 peelenów i zamawia książkę z dedykacją dla syna. Niesamowite spotkanie. Dało mi dużo energii i motywacji. Moje drugie rozpoznanie publiczne jako autora heh! Czuję się nie tyle dumy, co zmotywowany do dalszego pisania! Stąd właśnie ten artykuł, który właśnie czytasz - wreszcie, po długiej przerwie - pojawił się tu, na blogu, a nie na FB - gdzie po 3 dniach jest przykryty setką innych relacji.


Jeśli podoba Ci się co i jak piszę, daj znać. Chętnie podejmę też współpracę jako copywriter/fotograf czy reportażysta w jakiejkolwiek formie!


PS. Z niejakim rozbawieniem przypominam sobie moją irytację różnymi trudnościami na szlaku i zapętlone pytanie retoryczne “Po huj ludzie jadą w Bieszczady” Nie wiem po co inni tu się pchają. Wiem po co ja tu wracam. Paradoksalnie właśnie po to, co trudne, nieprzewidywalne, dzikie, nieodkryte. Bieszczady mają swój urok, zapach, legendę. Trochę już złachaną komercją, ale właśnie dlatego eksploruję teraz szlaki nieoczywiste. Te główne atrakcje już dobrze znam, jestem tu przynajmniej raz w roku od dwudziestu lat! I zazwyczaj jest podobnie jak teraz. Klnę w żywy kamień na przeciwności losu na szlaku. A potem tęsknię. Bo - jak mówią - w Bieszczady jedzie się tylko raz - potem już się tylko wraca. A misia nie spotkałem, ale czuję, że jest nam to pisane wcześniej niż później!
















56 views2 comments

Related Posts

See All
IMG_5149_edited.jpg

Cześć! Dzięki, że tu jesteś! Dobrze Cię widzieć!

bottom of page