top of page
  • Writer's pictureMaciej Fink-Finowicki

Puszczyk pozdrawia z Bieszczad!

(... w cieniu samotnej niedźwiedzicy)

8-11.06.2023


Ciemność naznaczona bliznami świateł samotnych domów i odległych reflektorów samochodowych migała za oknem busa, zlewając się w buro-czarny warkocz nocy, nieznacznie tylko rozświetlony skrawkiem księżyca. Wtuliłem twarz w szybę patrząc niewidzącymi, zmęczonymi oczami w przestrzeń i pokrywając ją mgłą swojego miarowego oddechu. Autokar buczał dobrotliwie, rączo pokonując asfaltowe arterie trasy, wspinając się na kolejne zakręty drogi. Było już po północy i czułem na barkach ciężar całego dnia. Wzrok mętniał a myśli się rwały - sam nie wiem kiedy zapadłem w płytki, podróżniczy sen….


… Na dobre obudził mnie blask porannego słońca zaglądającego ciekawsko do wnętrza busa i ból karku skatowanego podróżną jogą nocną. Spałem we wszystkich chyba pozycjach możliwych na fotelu autokarowym: od modlącego się mnicha do okiennego glonojada. Kto często śpi w podróży, ten wie o czym mówię.

Sanok, most na Sanie - szeroka pamorama

Bus stęknął i z gracją zatrzymał się na przystanku końcowym w Sanoku, tak bliskim mojemu sercu. Z metalowych trzewi wysypał się ostatni rzut podróżnych. W większości takie same pojeby jak ja, którzy jechali całą noc, by od rana zameldować się na progu Bieszczad. Pobrałem swój złachany w luku bagażowym plecak, poprawiłem zawadiacko kapelusz na zaspanej głowie i lekko rozkołysanym jeszcze krokiem udałem się w kierunku mostu na Sanie, gdzie zaczynał się się mój szlak.


Góry Słonne - do tej pory liźnięte tylko rok temu, kiedy to oglądaliśmy je z góry ze znanego punktu widokowego na słynnym Tarasie, z którego widać największe w Polsce serpentyny a horyzont zamykała Połonina Caryńska. Teraz przyszedł czas na dokładny, pieszy rekonesans. Wybór tej właśnie lokalizacji był - po zastanowieniu - całkiem oczywisty. Po pierwsze bliskość od miejsca lądowania zbiorkomu. Po drugie mało uczęszczane szlaki. Po trzecie możliwość zakreślenie sensownej pętli i zamknięcie 4-dniowego koła marszruty w miejscu startu.


Już na etapie planowania trekkingu w Górach Słonnych, w tle przewijał się trochę fascynujący a trochę zatrważający motyw niedźwiedzicy, widzianej tutaj z dwoma młodymi od kilku tygodni. Pojawiała się regularnie w północnych rejonach Sanoka, zapuszczając się aż pod same siedziby ludzkie na skraju miasta. Przyznaję, że zachowując umiarkowaną dozę rozsądku, samo potencjalne spotkanie z misiem jakoś chorobliwie mnie fascynowało. To nasz największy drapieżnik i jedyny, który jest realnie zagrozić człowiekowi.


Góry Słonne są mało uczęszczane i stosunkowo słabo znane - istnieje sporo rozbieżności nawet co do granic obszarowych. Tradycyjnie przyjmuje się zakres terytorialny na północ od kotliny Sanok-Lesko, od zachodu ograniczony linią Sanu a z pozostałych stron zamknięty doliną Tyrawki i Wańkowej, choć oficjalnie Park Krajobrazowy Gór Słonnych obejmuje też tereny bardziej wysunięte na południowy-wschód aż do Ustrzyk Dolnych i ograniczone DK nr 84. Mniejsza o większość. Najważniejsze, że jest tu odludnie i - mimo bliskości ośrodków ludzkich - dziko. Wszyscy pędzą do “worka bieszczadzkiego”, czyli najpopularniejszych połonin na południowy-wschód od Zalewu Solińskiego, tworząc coraz większy tłok na szlakach i w dolinach. Góry Słonne pozostają ciche i skromne w swej atrakcyjności - obfitując w zwierzynę, ścieżki zagubione wśród lasów, zabytki kultury i oferując ciekawą historię geologiczną.


O niedźwiedzicy rozmawiałem z przygodnymi podróżnymi po wylądowaniu w Sanoku, ale też ostrzegali mnie przed spotkaniem lokalni mieszkańcy, widząc mój ekwipunek i kierunek marszu. Miałem trzy takie ostrzeżenia i po każdym z nich czułem się mniej pewnie. Moje wypróbowane trapery miarowo, ale jakby coraz bardziej niechętnie deptały najpierw asfalt miasta, potem wyszczerbiony chodnik przedmieścia aby wreszcie zostawiwszy za sobą kurz cywilizacji mlasnąć w pierwszej pieszczocie świeżego, bieszczadzkiego błota - a myśl o misiu kołatała się w tyle głowy już do końca wyjazdu.


Zagłębiłem się w gęsty las na początku czerwonego szlaku. Leszy chyba się za mną stęsknił, bowiem zgotował mi piękne powitanie, kokietując strzelistymi promieniami słońca spomiędzy świerkowych gałęzi. Tak się zapatrzyłem, że przegapiłem zaloty dzięcioła do dzięciołowej. Jak już nacisnąłem spust migawki było za późno - na kliszy pozostały tylko flirtujące ze sobą, rozmazane cienie. Czułem jednak, że jeszcze będzie mi to wynagrodzone i nie myliłem się.


Wielką niedogodnością, z jaką zmagałem się z niejakim zirytowaniem, to gigantyczne chmary komarów, nie pozwalające w pełni cieszyć się trekkingiem. “Jak tak będzie cały czas to mam z lekka przejebane” - pomyślałem rzeczowo, ale już wkrótce okazało się, że komary to nie jedyna przeszkoda, która mnie czekała tego dnia. Wymęczony dusznym upałem z ulgą powitałem zjawiskowo rozłożoną na przyleśnym wzgórzu cerkiew drewnianą (teraz kościół) nieopodal wsi Liszna. Udało się nawet zajrzeć do środka, a potem złapać cudowną godzinkę drzemki na polanie nieopodal.

kościół drewniany w Lisznej

Dalszą marszrutę w kierunku Tyrawy Solnej zakłóciła burza z ulewnym deszczem, która zmusiła mnie do awaryjnego rozkładania schronienia. Bujając się w hamaku rozlokowanym naprędce w przydrożnych zaroślach i wsłuchując w odgłosy grzmotów i deszczu grającego senne unisono na moim tarpie poddałem się mocarnemu nelsonowu Morfeusza i bezgłośnie odpłynąłem w sen. W ostatnich podmuchach jawy towarzyszyły mi jeszcze wściekłe bzyczenia krwiożerczych bydlaków, bezsilnie odbijających się od moskitiery. “Po huj ludzie jadą w Bieszczady” kołatało mi się jeszcze po swędzącej ukąszeniami głowie, zanim świadomość na dobre zgasła.


<piszę huj, a nie chuj - bo mimo że to nieortograficznie, to moja forma jest bardziej prawidłowa i będę ja używał, ba - a nawet forsował - szczegółowe wyjaśnienie jest tutaj!>

nocleg - mimo, że na szybkości, był wygodny

Nazwa Gór pochodzi od słonych źródeł, które od wczesnego średniowiecza aż do XX w. były źródłem przemysłowego wydobycia soli. Nawet obecnie współczesne analizy wody ze starych kopanek wykazują do 11% zasolenia. Podwójne “n” w nazwie wywodzi się z dialektu sanockiego, a lokalna nazwa tych terenów jeszcze niedawno miała formę Słonnegóry, wymawiane jako jeden wyraz, podobnie jak Łysogóry. Specyficzne warunki mineralne, a w szczególności rzeczone słone źródła powodują występowanie gatunków endemicznych chrząszczy, wijów i innych bezkręgowców a zainteresowani tematem docenią obecność żywej skamieniałości z epoki trzeciorzędu - pająka Sirio carpaticus.

Sirio Carpaticus <zdjęcie z netu>

“Idę powoli, ale nigdy się nie cofam” sentencja Abrahama Lincolna obrazowała styl mojego trekkingu dnia drugiego. Nie spiesząc się, rozkoszując widokami i pustymi ścieżkami, zszedłem ze znakowanego szlaku i zacząłem się przedzierać przez zwartą gęstwinę. A precyzyjniej mówiąc, to szlak “zgubił się” gdzieś w gęstych zaroślach, bieg swój kontynuując wirtualnie li tylko na mapach niefrasobliwych urzędników lokalnych. Kontynuowałem marszrutę najpierw leśną drogą roboczą, potem wyschniętym korytem strumienia a na końcu zapomnianymi ścieżkami bardziej chyba zwierzęcymi niż ludzkimi.


Zbocza gór były nadspodziewanie strome, a poza tym przebiegle śliskie. Błoto towarzyszyło mi w drugiej połowie dnia praktycznie nieprzerwanie. Zdradzieckie kamienie co rusz zagrażały ustrzymaniu pionu, ale mój znaczący i nisko osadzony środek ciężkości kilkukrotnie uchronił mnie przed upadkiem. Żeby nie było nudno, od rana na trasie towarzyszyły mi “biliardy” much. Zwykłe, połyskliwe zielono muchy, ani gryzące, ani obrzydliwe specjalnie, w masie swojej nieprzebytej stawały się problematyczne na tyle, że nie miałem możliwości spokojnie zjeść. Każde klepnięcie w rękę, czy kolano zostawiało kilka krwawych śladów po poległych, ale na ich miejsce nadciągały niezmordowanie kolejne legiony nowych. Kiedy ze zdegustowaniem po raz trzeci wyplułem natrętną muchę, wlatującą mi do ust, w głowie przypomniała mi się wczorajsza sentencja: “Po huj ludzie jadą w Bieszczady”

tak, to jest droga hahahha

Po zejściu w dolinę Tyrawki udało się zwizytować trzy przeurocze cerkiewki drewniane (teraz zaanektowane na kościoły katolickie), perełki na II Szlaku Architektury Drewnianej: Tyrawa Solna, Siemuszowa i Hołuczków.


Dla fanów architektury drewnianej, w szczególności sakralnej - do których się zaliczam - atrakcyjna będzie wizyta w Lisznej, Tyrawie Solnej, Siemuszowej, Hołuczkowie, Rakowej, Paszowej, Wańkowej, Bezmiechowej, Manasterzu, Ropience czy na sanockich Olchowcach. (nie można nie wspomnieć tutaj o Skansenie w Sanoku - bezapelacyjnie jednym z najpiękniejszych i lepiej utrzymanych w Polsce!). Również w Ropience można zobaczyć zabytkową (wciąż funkcjonującą) kopalnię ropy naftowej i dowiedzieć się więcej o tradycjach kamfiniarskich tej okolicy.


W Tyrawie Solnej znalazłem przeuroczy sklepik wiejski a obok niego solidną wiatę ze stołem i ławami. Jako że znowu z lekka zaczęło padać, postanowiłem przeczekać i posilić się zacnie. Nie zabrakło okazji do obserwacji najmniejszych latających - swojskich wróbli. Zauważyłeś, że coraz ich mniej ostatnimi laty?

kanapki z pasztetem, smalcem i cebulą plus duuużo czosnku!

Trasa prowadziła teraz w dużej części przez szaleńczo ukwiecone łąki i nieużytki. Szczególną uwagę przyciągały fioletowe zagony wyki kosmatej, podobnej do dzikiego groszku, ale nie zabrakło też rumianku pospolitego, kaczeńców w pobliżu mokradeł, purpurowej firletki poszarpanej, wściekle szafirowych niezapominajek czy tradycyjnych, romantycznych maków. Wcześniej w lesie oko przyciągał egzotyczny bodziszek żałobny a w okolicach siedzib ludzkich przestrzeń upiększały wielokolorowe łubiny, sadzone zarówno dla ozdoby, jak również dla użyźnienia i poprawienia struktury gleby.


Chmury roztańczone w skocznym allegretto na nieboskłonie, plujące jeszcze z rana drobnym deszczem, teraz zgnuśniały w powolnym adagio czule łaskotane ciepłym blaskiem chylącego się słońca.


Chłonąłem w beztrosce harmonię bodźców zmysłowych. Wyłączyłem myślenie i skupiłem się na odczuciach sensorycznych, aby być jak najbardziej tu i teraz. Zamknąłem oczy pod powiekami chowając panoramy i przestrzenie, otulone zapachem łąki buczącej kojącym tenorem trzmieli. Powietrze pachniało świeżością a trawa niedawnym deszczem. Ptasie acapella z wolna ustępowało monotonnemu cadenza świerszczy, znamionując nadchodzący zmierzch.


Chylące się do odpoczynku słońce zastało mnie w okolicy Hołuczkowa i przepięknej, starej cerkwi drewnianej, kontrastowo mieniącej się maryjnym indygo wśród rozbuchanej, bieszczadzkiej zieleni. Przysiadłem na krótki odpoczynek, wsłuchując się w zapach drewna, świec i kadzideł, tak charakterystyczny dla starych, tradycyjnych budowli sakralnych, utkany w pachnące obłędnie okoliczne łąki. Podumałem, pokontemplowałem i doszedłem do wniosku, że najwyższy czas zorganizować sobie nocleg.