top of page
  • Writer's pictureMaciej Fink-Finowicki

Puszcza Mirachowska

18-20.08.2023

Wierne Mondeo rończo mknie na północ wbijając się w gasnący dzień - w krzepiącym pomruku niezniszczalnego diesla i pobudzającym rytmie “Hardwired...To Self-Destruct” Metalliki. Za oknem mocarne śmigła wiatraków mielą miarowo różowiejące zmierzchem powietrze. Otwieram okno i wpuszczam ciepły, sierpniowy huk pędu do kabiny. Klima off, faja w łapę - sączę mocną, gorącą herbatę z termosu, broda furczy od wiatru. Lubię jeździć na północ, prosta trasa -> googlemaps raportuje 310 km do celu i następny skręt za 298 km, hahaha. Cruisecontrol i nawijam na opony ciemniejącą wstęgę szosy - cieszę się jazdą i perspektywą odkrywania nowych lokacji.


Dolary przeciw rublom że 99% ludzi nie ma pojęcia gdzie jest, a przede wszystkim co w sobie kryje Puszcza Mirachowska. Na mapie niepozorna plamka zieleni pomiędzy miejscowościami Mirachowo, Miechucino oraz Sianowo. Dopiero bliższy rzut oka na strukturę ukształtowania terenu zdradza atrakcyjność okolicy, a mnogość torfowisk, bagien i mokradeł dodaje egzotyki. Brak szlaków i konkretnych atrakcji turystycznych jest dodatkowym atutem - mamy z Arturem nadzieję, że nie będzie tłoku w lesie.

w tym wpisie filmy by Arturo / zdjątka by Żbiku

Pierwszy obóz rozbijamy już w piątek wieczór, tuż po północy centralnie w środku kompleksu. Nawet w nikłej poświacie gwiazd i selektywnym blasku latarki widać, że okolica jest piękna a puszcza zapraszająca. Nikły podszyt i pagórkowata okolica bez problemu pozwalają znaleźć zaciszną miejscówkę na nocowanie. Dziś bez ogniska - krótka pogawędka co tam u każdego słychać i lokujemy się w hamakach, bo jutro sporo marszu.


Obaj dźwigamy na plecach jedne z najlepszych plecaków jakie stworzyła cywilizacja, czyli Osprey Kestrel. Ja pojemność 48, Arturo 58. Oba sprzęty przezacne i bliskie ideałowi, aczkolwiek dogłębna recenzja produktu (robi się, robi się…) obnaży niejakie niedoskonałości sprzętu.


Niespieszny start w sobotę pozwolił wypocząć i nacieszyć się nocnym bujaniem w hamaku. Dzień był już dojrzały, kiedy zaczęliśmy marszrutę. Las zachwycał od pierwszego spojrzenia swoją urodą, jeszcze mięsistą zielonością i dynamicznymi kontrastami.


Ciemnozielone plamy mchów i świeża zieloność darniny przyjemnie dysonowały z szaroburym tłem ściółki z zeszłorocznych liści. W miejscach o podwyższonej wilgotności - których tu nie brakowało - pysznił się typowo wodny tatarak, trzciny i turzyce. Widok zaiste nietypowy w głębi lasu. Mnogość grzybów dodatkowo urozmaicała podłoże, ale z rozmowy z lokalesem dowiedzieliśmy się, że - w przeciwieństwie do zeszłego sezonu - w tym roku słabieńko z rydzami i prawdziwkami.


W miarę jak posuwaliśmy się na północ kompleksu, zwiększała się różnorodność terenu, a las liściasty ustępował mieszanemu. Pojawiły się cieszące oczy i męczące nogi wąwozy, zapadliska oraz większe wypiętrzenia. Odkryliśmy też pozostałości umocnień z 2WŚ.


Cały Rezerwat Staniszewskie Zdroje jest niezwykle atrakcyjny do trekkingu z piękną rzeźbą terenu, licznymi źródliskami i strumieniami. Widać, że praktycznie nikt tędy nie chodzi, droga bowiem często usiana była zwalonymi drzewami, których nikt nie sprząta. Natrafiliśmy też na coś, co po krótkiej naradzie zidentyfikowaliśmy jako pozostałości po średniowiecznym kurhanie.


Naszą trasę przeciął zabłąkany koziołek a na nieboskłonie zaobserwowałem krążącego, dużego drapieżnika - prawdopodobnie myszołów lub błotniak. Większość zwierzyny - której tu jest dużo, sądząc po tropach i śladach - chroniła się jednak w leśnych ostojach, jako że upał był niemiłosierny.

Słońce pięknie operowało w listowiu, żonglując refleksami wśród listowia, ale też wyciskając z nas ostatnie poty. Liczyliśmy na uzupełnienie wody wśród licznie zaznaczonych na mapie cieków leśnych, niestety większość z nich okazała się wyschniętymi, błotnistymi korytami, lub zarośniętymi i mocno zakwitniętymi bajorami. Racjonowaliśmy wodę, choć nie było to niezbędnie koniecznie, mogliśmy ją bowiem w każdej chwili uzupełnić w okolicznych gospodarstwach, pozostających w bezpośredniej bliskości naszej trasy.


Patrząc na mapę uwagę zwracają dwa duże jeziora na północno-wschodnim krańcu kompleksu: Jezioro Sianowskie i Osuszyno. Oba od zachodu otulone są stromą i wysoką skarpą, obiecując sążnistą panoramę. Niestety w realu okazało się, że zbocza, gęsto porośnięte drzewami nie otwierają widoków na lustro wody. Jedyne ciekawe punkty obserwacyjne znajdują się od strony wsi Młyn Dolny oraz Rzym.


Niezwykle urozmaicona rzeźba terenu plus licznie występujące bagna i torfowiska stanowiły w przeszłości naturalną przeszkodę w zagospodarowaniu terenu pod działalność agrarną. Jest to - obok ochrony rezerwatowej - jeszcze jeden z powodów dobrego zachowania naturalnego drzewostanu oraz lokalnej flory. Spotkamy tu stanowiska buczyny niżowej, łęgu jesionowo-olchowego, grądu oraz lasu bukowo dębowego urozmaiconego licznymi zespołami sosnowymi i świerkowymi.


Idąc na południowy zachód widzimy las bardziej zwarty i niedostępny. Dominuje bór bagienny i brzozowiska z wysokim i gęstym podszytem, oraz największe na Kaszubach torfowiska, objęte ochroną w Rezerwacie Staniszewskie Błoto, ustanowionym już w 1916 roku. Tutaj też podejmowane są próby reintrodukcji głuszca, który wyginął na Pomorzu pod koniec XX w. Najmniejszym z rezerwatów w kompleksie mirachowskim jest Leśne Oczko. Kusi występowaniem unikalnej flory bagiennej jak rosiczka, turzyce, mszary, skrzypy i widłaki. Przemieszczając się po okolicy zwróciliśmy też uwagę na piękne paprotowiska i jagodowiska. W oczy rzucił się też jeden dodatkowy szczegół - las był stosunkowo czysty, praktycznie nie zauważyliśmy śmieci i innych wstydliwych śladów działalności ludzkiej.


Na nocleg wybraliśmy zaciszne miejsce schowane głęboko wśród lasu i otoczone łagodnymi grzbietami pagórków. Mimo bliskości błotnistych bajorek komary nie dokuczały zanadto. Z jednej strony fajnie - z drugiej strony jest to łatwa w obserwacji oznaka hydrologicznej suszy, która nasila się od ostatnich 3-4 lat. Upały, susza oraz bliskość torfowisk wymuszają maksymalną ostrożność w korzystaniu z otwartego ognia. Kto widział jak pali się torf, ten wie o czym mówię.


Na deser łapcie "leśny" wschód słońca, miły timelaps. Wszystkie materiały filmowe w tym artykule są autorstwa imć Artura, dzięki byqu!


Niedziela to czas ewakuacji na z góry upatrzone pozycje. Trasa wiodła głównie duktami leśnymi. Z powodu zmęczenia i upału, jak również skąpych zapasów wody nie zdecydowaliśmy się na kosztowne energetycznie eksplorowanie leśnych zakamarków i szliśmy w większości równym traktem, aby wczesnym popołudniem wylądować w Miechucinie.


Czekając na naszego “huey’a” opróżniliśmy pół lodówki lokalnego sklepu. Zimny radler doskonale gasi pragnienie i jest zasłużoną nagrodą po długim trekkingu w upale a chłodne piwko również bezgrzesznie pasuje do okoliczności.


Dla porządku trzeba podsumować, że w sumie zrobiliśmy 32 kilometry w półtora dnia z łącznym przewyższeniem 790 metrów. Tyle pokazał mój Garmin. I dużo i mało, zależy jak na to spojrzeć. W ten weekend chcieliśmy nacieszyć się outdoorem bez spiny i na pełnym relaksie, bez kolekcjonowania dystansu. Cel osiągnięty z nawiązką.


Śmiało polecam Puszczę Mirachowską ze względu na niezwykle bogatą rzeźbę terenu, urozmaiconą florę i niespotykaną czystość lasów. Jesienią, kiedy listowie się przebarwia musi być tu kozacko.



111 views0 comments